Linksys WAG54GS
Tuesday, April 18th, 2006Czyli jak wydałem bez sensu 400zł.
Wszystko zaczęło się dwa miesiące temu, krótko po zakupie Maca Mini, od problemów z podłączeniem tego do sieci. Coś, co początkowo wyglądało na problem z kartą sieciową (nie pomagała ani wymiana kabla, ani przepięcie w inne gniazdo rutera, a w tym samym czasie podłączone były do niego dwie inne maszyny, które nie zauważyły jakichkolwiek problemów z łącznością) okazało się najdziwniejszym padem rutera jaki kiedykolwiek widziałem.
Mój WAG54G po dwóch latach w zasadzie bezproblemowej pracy zwariował i zaczął sobie wybierać jeden z podłączonych komputerów i uprzykrzać mu życie. Restart pomagał na kilka dni, po tym czasie ruter losował kolejną ofiarę. Objawy za każdym razem takie same: z punktu widzenia komputera połączenie znikało mniej więcej raz na sekundę, więc o jakiejkolwiek łączności można było zapomnieć. Ciekawostka: Windows i Linux znosiły to bez problemów, za to Mac OS X migotania sieci nie wytrzymywał i zawieszał się na dobre.
Oczywiście, najprostsze rozwiązanie nasuwa się samo. Trzeba coś restartować co kilka dni? Nie ma sprawy, należy kupić w Castoramie czy innym Leroy Merlin programowalny włącznik i ustawić go na krótkie wyłączenie zasilania raz dziennie, powiedzmy o 6 rano.
Całkowity koszt operacji to jakieś 50zł + pół godziny na przejazd do sklepu i z powrotem. Ale nie, to by było zbyt prosta i ryzykowna prowizorka – ja potraktowałem te problemy jako sygnał, że ruter zaczyna padać na dobre i należy go wymienić zanim całkowicie się zepsuje w najmniej odpowiednim momencie.
Padło znowu na Linksysa. Mam już D-Linka DSL-504T z paskudnie piszczącym modemem ADSL, więc tę firmę wolałem omijać. Trochę dobrego słyszałem o podobnych urządzeniach US Robotics, ale z tego WAG43G w zasadzie byłem zadowolony – działał bez większych problemów przez dwa lata, co powoli zaczyna być niezłym wynikiem jak na tanią elektronikę. Parę błędów miał, wszystkie dawało się obejść domowymi sposobami, więc nie było specjalnie na co narzekać. Ostatecznie kupiłem prawie to samo, tylko nieco nowsze – WAG54GS. I oj, co to był za błąd.
W telegraficznym skrócie, różnice między WAG54GS a WAG54G:
- obsługa 802.11g oprócz 802.11b – szybsza sieć bezprzewodowa,
- całkowicie bezużyteczne QoS: można określić priorytety pakietów (wysoki/średni/niski) w zależności od numeru portu (pięć wpisanych na sztywno: FTP, HTTP, Telnet, SMTP, POP3 oraz trzy miejsca na wpisanie własnych),
- włącznik. WAG54G wyłączało się przez odpięcie kabla zasilającego, a WAG54GS ma szpanerski, świecący przycisk.
I tyle. Proszę zwrócić szczególną uwagę na brak wpisu "4. WAG54GS nie trzeba restartować co kilka dni." Dlaczego, spytacie, nie umieściłem na liście tego wpisu? Otóż dlatego, że WAG54GS trzeba restartować co kilka dni: fabrycznie nowy, świeży ruter z najnowszym oprogramowaniem zawiesza się po kilku dniach ciągłej pracy, więc w zasadzie można by uznać że jego użyteczność jest taka sama jak starego, psującego się już urządzenia.
No, prawie.
Punkt 3 na liście oznacza, że WAG54GS nie włącza się sam po podłączeniu zasilania, więc – po pierwsze – po awarii zasilania sieć nie wstanie sama, oraz – po drugie – nie działa sztuczka z programowalnym włącznikiem. Tak więc fabrycznie nowy, świeży ruter z najnowszym oprogramowaniem jest mniej użyteczny od starego, psującego się już urządzenia. Litości, ja zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to sprzęt z kategorii enterprise, ale to jeszcze nie powód żeby go z wersji na wersję psuć.
A na razie pozostaje mi, po krótkiej wyprawie do najbliższej Castoramy, podłączyć stary ruter.

